Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 423 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

WITAM i każdemu z szacunkiem - porożem się kłaniam. Jeżeli moje subiektywne spostrzeżenia i oceny skłonią do myślenia to... W Y S T A R C Z Y ...!

Zdjęcia w galeriach.


Kolejna recenzja na zamówienie. Przykre to.

czwartek, 09 listopada 2017 17:47

Panie kochany Rudziński Łukaszu. Piszesz pan...

 "Sąd Ostateczny" Opery Bałtyckiej podszyty jest ogromnymi ambicjami, które obrazuje m.in. konstrukcja chóru (ciekawie ubranego, podzielonego na głosy, mądrze wprowadzonego na scenę i uzupełnionego dziećmi z Chóru Dziecięcego Canzonetta Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Gdańsku). To chyba najciekawsze użycie tego zespołu Opery Bałtyckiej od dobrych kilku lat."

Ci wspaniali Artyści Chóru właśnie w tej chwili są "używani" tak jak pan, panie Rudziński używa łyżki, długopisu czy papieru do podcierania swojego zadka. Używając tego określenia wyraziłeś pan swoje nastawienie do Artystów Chóru, którzy wcześniej wykreowali wspaniałe zbiorowe role w spektaklach operowych, których nie będę wymieniał. Zajrzyj sobie pan do opinii z wcześniejszych lat. Artyści są zarządzani/używani jak w fabryce czy korporacji i dlatego popieram ich strajk/protest.

"Sąd Ostateczny" jest projektem audio-wizualnym i niczym więcej. Śpiewacy, szczególnie mniej doświadczeni, jeszcze nie wiedzą jak sobie szkodzą śpiewając z "tubką przy ustach". Podświadomie cofają dźwięk śpiewając "pod nosem". Kto "kuma" ten wie o czym piszę. To już nie jest opera tylko domidło kultury zasypujące potencjalnych odbiorców miałkimi propozycjami typu semi-stage, opera tu-tu czy "kocham operetkę" z mizdrzącym się do publiczności konferansjerkiem.

Jedno pewne - z Kuncem do "kuńca" podpisanej przez marszałka umowy (czyli do 2020) - Opera Bałtycka przestaje istnieć. Jedyne wyjście to zwolnić obecnego dyrektora Kunca znaleźć "uzdrowiciela", który będzie szanował ludzi i dbał o poziom artystyczny.

P.S. Realizatorzy popełnili błąd wystawiając projekt audio-wizualny (!!!) "Sąd Ostateczny" w Operze Bałtyckiej. W Centrum Świętego Jana w Gdańsku byłby odebrany zupełnie inaczej i przypuszczam niewiele osób nazywałoby ten projekt operą.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Operę Bałtycką podsiadła tandeta".

czwartek, 12 października 2017 20:42

Kocham Qrwa operetkę.jpgW sobotę 30 września 2014 roku wybrałem się do Opery Bałtyckiej na koncert/spektakl „Kocham operetkę”. Tym tytułem zachęcał także plakat/afisz z umieszczonym centralnie gościem w zielonym cylindrze. O!!! Pomyślałem sobie. Wesoło będzie, kolorowo, szałowo kankana zatańczą i jak to w operetce wyluzuję, pośmieję się.

Siadłem, światła przygasły, wcześniej komórkę wyciszyłem...

Rozpoczęto uwerturą z operetki „Życie paryskie”. Jakoś tak niemrawo brzmiała orkiestra, niepewnie grając motyw „Brazylijczyka”. Może za ciemno w orkiestronie było, może nut nie widzieli? Ale coś zaczęło się dziać. Z lewej strony wszedł, przystanął przy stylizowanej garderobie, popatrzył, coś przymierzył. Nie. Tu tego czegoś nie ma. Przeszedł po proscenium do drugiej jednoosobowej garderoby gdzie odnalazł szapoklak, który przypasował szarmancko do wystrzyżonej głowy. Nos przypudrował, strzepnął niewidoczny pyłek z rękawów, uwertura skończyła się więc zakrzyknął ochoczo „brawo”. To i ludziska klasnęli. Jak klaskali to usiadł i na zadku siedząc powitał zgromadzonych. Coś zaczął mówić o płynnej granicy między operą, a operetką, przedstawił życiorysy kolejnych wykonawców (nie wiem po co, bo nie przyszedłem na recital), miał chyba za blisko ust mikrofon i być może tym trzeba wytłumaczyć jego zachwaszczoną artykulację.

Trzy kolejne utwory wcisnęły mnie w fotel z rozpaczy. Zdołowany byłem i na pograniczu depresji. Nic na scenie się nie działo. Poczułem się oszukany i miałem wrażenie, ze ktoś ze mnie kpi. Tym kimś był właśnie prowadzący i reżyser oraz dyrektor artystyczny i naczelny ponieważ na to pozwolił.

Pieśń „Widmo róży” - tercet z opery „Córka pułku” trochę ożywił ale powaliła mnie suita baletowa z opery „Lakme” w wykonaniu Chóru, który stojąc nieruchomo śpiewał wyuczone dźwięki. Czekałem na balet, czekałem na balet, czekałem na balet i... I się nie doczekałem. Paranoja jakaś. To taką operetkę do pokochania mi wciskają?! Czarno i szaro na scenie, prowadzący po raz kolejny mizdrzy się do Publiczności przekonując, że aria Mylia z opery „Król z Ys”, seguidilla z opery „Carmen” pasują jak ulał do tytułu „Kocham operetkę”.

Zero scenografii, zero reżyserii ale na koniec I aktu kankan (nazwany przez „kuncferansjera” gawotem) był. Mikry ten taniec ponieważ bardziej przypominał ćwiczenia z lekcji WF-u, bo przeskoki przez partnerkę, gwiazdy i szpagaty trudno nazwać kankanem pomimo strojów z „frywolnej” epoki.

Dlaczego „kuncferansjer”? Ponieważ styl prowadzenia tego (nie wiem jak nazwać) widowiska przypominającego „spotkania przy muzyce, by o muzyce porozmawiać” był żenujący i na to też dał przyzwolenie dyrektor artystyczny (i naczelny) Warcisław Kunc.

Jeszcze przez chwilę pozostańmy przy pierwszym akcie, w którym dwie solistki udowodniły, że potrafią czytać nuty. Ot, po prostu wyszły, nutki otworzyły, odśpiewały swoje i zeszły. Niedouczone czy taka „reżyseria”? Skłaniam się do pierwszego spostrzeżenia i nazywam to skandalem oraz kpiną z oszukanej Publiczności.

W II akcie podobnie jak w pierwszym. Nie działo się nic przypominającego klimat operetkowy i nie ma w tym winy Artystów Chóru wycofanego aż po horyzont, ubranego w czarne suknie i stroje sprzed 10 lat („Eugeniusz Oniegin” ?). Wychodzą, stają, śpiewają i schodzą. Ja się pytam: za co „reżyser prowadzący" wziął honorarium? Czy też za to, że zaprosił jakiegoś śpiewaka typu „tenorino”, dał mu do ręki jabłuszko, z którym wykonawca nie bardzo wiedział ci zrobić, zaakceptował wyśpiewanie arii Parysa z „Pięknej Heleny” zaskakującą techniką wokalną. Im wyżej – tym ciszej !!! Nie wiedziałem – śmiać się czy płakać. Blamaż i tyle.

Przez moment tylko poczułem się usatysfakcjonowany. Apetyczna czarnula zaśpiewała profesjonalnie arię z opery (nie z operetki) „Córka pułku”, która do całości pasowała jak kwiatek do kożucha lub pieprz w torcie.

Finał oczywiście nawiązać musiał tandetną, oklepaną klamrą do uwertury „Życia paryskiego” ale życia w tym finale nie było za sprawą wspomnianego, niesłyszalnego „tenorina” udającego Brazylijczyka i statycznej choreografii. Za to „kuncferansjer” wykrzykiwał zaproszenia na kolejne spotkania z operetką.

Wyszedłem i na takie coś nie wrócę.

La chute de l'Opéra sous Kunc n'est qu'une question de temps.

P.S. Wykonawców nie wymieniam ponieważ litościwy jestem z natury.


Podziel się
oceń
14
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nad Operą Bałtycką wrony kraczą i... Zawracają

wtorek, 21 lutego 2017 10:13

gruzy opera.jpg                     Gruzy.jpg

Pierwsza wrona kracze – Były Dyrektor Opery Bałtyckiej, Marek Weiss przy dotacji, trochę ponad 15 milionów i trwającym sporze zbiorowym z Pracownikami i NSZZ „Solidarność” grał spektakle, zapraszał na popremierowe rauty, finansował (z budżetu Opery) premiery Bałtyckiego Teatru Tańca, którego Dyrektorką artystyczną była jego żona Isadora Weiss, nagrywał spektakle dla stacji telewizyjnej „Mezzo” promując kierowaną przez siebie Operę na cały świat, organizował wyjazdy zagraniczne wybitnych przedstawień operowych - „Ubu Rex” w Niemczech, „Madame Curie” we Francji i Pekinie. W sporze zbiorowym chodziło o podwyższenie wynagrodzenia zasadniczego! Ale i na to znajdował sposoby. Podwyższał stawkę za przedstawienia ponadnormowe, płacił za statystowanie, za koncert poza instytucją lub w jej murach, był także okres pracy artystycznej z tak zwaną „normą zero”. Czyli za każdy spektakl, dodatkowy grosz. Spektakli, nawet pod groźbą strajku, nie odwoływał.

Druga wrona kracze - Dlaczego?

Trzecia wrona kracze - Bo nawiązywał kontakt z Pracownikami i wspólnie szukali rozwiązań, a nad wszystkim czuwał Marszałek.

Czwarta wrona kracze – Spór zbiorowy trwał i Marek Weiss, widocznie na własne życzenie, konkurs na dyrektora odpuścił. Marszałek namaścił nowego, zdaniem władzy takiego, który Instytucję Artystyczną poprowadzi jak należy, tym bardziej, że zna się jak nikt inny na zarządzaniu takimi placówkami. Ukończył nawet stosowne „studia” w temacie i jest w tym lepszy niż w dyrygowaniu.

Piąta wrona kracze – I, co?

Szósta wrona kracze – Tam widocznie uczyli jak prowadzić prywatny teatr za państwowe pieniądze. Dostajesz dotację i rządzisz. Panu taki kontrakt, Pani taki, Pan mi się nie podoba, wynagrodzenie za małe to wypad stąd, znajdę tańszego itd. O poziomie artystycznym zapomnij – liczą się OSZCZĘDNOŚCI, by więcej było do podziału dla realizatorów spektaklu, a fakt oszczędzania będzie mile odebrany przez władzę.

Siódma wrona kracze – Zwalniać chce artystów, a rozbudowuje administrację. Wyobraźcie sobie, że stworzył nowe stanowisko – kierownika orkiestry, który za baaardzo słuszną pensję pisze raporty z prób i podobno będzie też weryfikował dyplomowanych instrumentalistów. On także jest „dyplomowany” ale w zupełnie innym fachu. Ot, pośpiewał sobie na studiach, pojeździł na konkursy i kursy wokalne ale jakoś do żadnej Opery czy Teatru Muzycznego nie załapał się. Przypadek? Może ma także ciągoty do zarządzania i w nowym dyrektorze znalazł swojego promotora, który już nabył doświadczenie w rozwalaniu ustalonych struktur.

Ósma wrona kracze – A, wiecie, że ten kierownik orkiestry ma żonę, która prowadzi amatorski chór i przymierza się do posady kierowniczki chóru Opery Bałtyckiej? No, przecież ma doświadczenie, tak, czy nie?

 Dziewiąta wrona kracze – To teraz będzie tak. Dyrektor zarządza, „kierownicze małżeństwo” artystów orkiestry i chóru zweryfikuje według swojego uznania i szafa w operze gra jak w najlepszym saloonie na Dzikim Zachodzie. Jak warunki pracy i płacy nie podobają się to „won” i przyjmą swoich

 Dziesiąta wrona kracze – Promocja i reklama Opery też widzi mi się rodem z maneżu. Może to jakaś pętla historyczna, bo przecież w tym miejscu była kiedyś ujeżdżalnia koni i hala sportowa. Leciałam tramwajem i słyszę dziecięcy głos: „Teatr „Miniatura”. Fajnie, bo może rodzic usłyszy i do Teatru dziecinę zabierze. Lecę dalej, a tu nagle, jednoosobowo ale w duecie fragment arii Torreadora – „Ooopera Baałtycka”. I szczery rechot ludzi. „Zabiłem byka, był to wielki byk. Krew z byka sika, siku, siku sik”. Więc olać Operę. Tak to się niestety kojarzy. Wystarczyłaby stonowana zapowiedź. „Przystanek Opera Bałtycka. Przy okazji serdecznie zapraszamy”. I jest kulturalnie. Nie wiem kto śpiewał (mogę się tylko domyślać) ale wykonanie infantylne i nikomu niepotrzebne.

Jedenasta wrona kracze – Kiedy już o lataniu mowa to Opera Bałtycka ze swoim obecnym poziomem artystycznym lata niżej niż my wrony, że o „tupolewach” nie wspomnę. Taki jeden przebojowy „końferansjer” niejako przymusił obecnego dyrektora Opery Bałtyckiej, profesora od zarządzania instytucjami artystycznymi Warcisława Kunca, do odkrycia swojego niebywałego talentu. W młodym wieku jest ale już obchodzi 20 lecie pracy końferansjerskiej, szkół nie ukończył, bo jak wspomniał w wywiadzie dla Radio Gdańsk - „w Studium Wokalno Aktorskim w Gdyni to za ciężka praca była” ale pomysłami tryska na lewo i prawo. Benefis znanego Artysty poprowadził pomimo Jego nieobecności, semi stage „Madame Butterfly” postawił w dwa i pół dnia (sukcesem pochwalił się na FB), teraz zapewne semi stage „Rigoletto” postawi w dwa dni, by potem radośnie postawić „klocka” w tempie ekspresowym. Taki „któś” wyrasta nam na naczelnego reżysera poważnej instytucji artystycznej, w której królować będą – semi stage różnych oper, „Opera Si!” (znakomicie prowadzone przez Pana Jerzego), „Opera TuTu” dla malutkich z babciami i dziadkami, może jeszcze będzie „Opera TamTam”, „Opera Tu i Tam”, „Opera Tu i Ówdzie”, Gala Francuska, Gala Niemiecka i inne galopodobne koncerty. Ja spaaaaadam!!!

Dwunasta wrona kracze – A nad wszystkim nadal czuwa Marszałek? To co robimy?!?

Trzynasta wrona kracze – Wracam z lotu nad stocznią i tam usłyszałam, że wytrzymałość łańcucha określa jego najsłabsze ogniwo.

Czternasta wrona kracze – Ta zasada dotyczy także wykonawców i realizatorów Spektakli, o czym zapomina najsłabsze ogniwo, czyli obecny dyrektor Opery Bałtyckiej, bardziej zajęty zarządzaniem niż dyrygowaniem.

Piętnasta wrona kracze - Trzeba zacząć od początku. Zawracamy uważając na rozbudowaną administrację i może uda się wystartować z Przystanku Sztuka.

Kra, kra, kra...

P.S. Tylko krachu nie wykraczcie !!!


Podziel się
oceń
11
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

SPOTKANIE Z AUTOREM...

sobota, 19 stycznia 2013 8:45

Mariusz Babicki (ur.1990) - studiował na Akademii Teatralnej w Warszawie na wydziale aktorskim. Stypendysta krakowskiej, prywatnej szkoły teatralnej SPOT. Obecnie studiuje filologię klasyczną na Uniwersytecie Gdańskim. Swoje pierwsze, artystyczne kroki stawiał jako aktor teatru „Wybrzeżak”; najważniejsze role: „Romeo i Julia”, reż. M. Nieczuja-Urbańska (Romeo), „Antygona”, reż. Karol Prochacki (Hajmon), „Dobry wujek”, reż. R. Glockner (Pop i Poczatkin). Na sopockiej scenie Off de BICZ występował w spektaklu „Oj, oda, oda”, w reż. E. Ignaczak.

DEBIUT reżyserski Mariusza Babickiego!

Spektakl Mariusza Babickiego to próba uchwycenia przebiegającej gdzieś przez środek człowieka granicy między poezją a prozą codzienności, między nagą prawdą a teatrem. (strona „Off de Bicz”)

Teatr GAK zaprasza na (re)premierę spektaklu „Spotkanie z Autorem“ w zmienionym składzie.
(spektakl oparty na tekstach Juliana Tuwima)
Reżyseria: Mariusz Babicki
Scenariusz: Mariusz Babicki i Paweł Niewiadomy
Muzyka: Rafał Krzychowiec
Obsada: Agnieszka Przekupień, Anastazja Simińska, Agata Walczak, Łukasz Ławniczak, Kacper Ruciński, Piotr Urbaszek.
Miejsce: Stacja Orunia 
Gdańsk, Orunia ul. Dworcowa 9
Termin: 21 grudnia 2012r. g. 19:00

Spektakl Mariusza Babickiego to próba ukazania tego, co może dziać się w głowie twórcy dzieła scenicznego. 
Tytułowego Autora zastajemy w trakcie pracy nad jego nowym dramatem. Obserwacja balansuje na granicy jego zewnętrznego i wewnętrznego świata. Poezja miesza się z prozą codzienności, a teatr z rzeczywistością. Twórcy spektaklu zadają pytanie o to, jak może rodzić się sztuka. Zapraszają przy tym widzów, by wraz z nimi prześledzili ten ciężki, a nieraz i zabawny proces… (strona „Facebook”)

Dobrze się stało, że w Łodzi rok 2013 oficjalnie ogłoszono – Rokiem Juliana Tuwima.

Młody Artysta z Trójmiasta zafascynowany twórczością wielkiego poety i satyryka stworzył na podstawie jego tekstów spektakl, który wpisuje się w uroczyste obchody i świętowanie. Mogę napisać, że świętowałem dwukrotnie: raz w Off de Bicz, drugi raz w Stacji „Orunia”. Obejrzałem spektakl ten sam ale nie taki sam tym bardziej, że rolę tytułową kreował w pierwszej wersji Karol Prochacki, w drugiej natomiast pojawił się Mariusz Babicki. Męki twórcze mogą objawiać się w różny sposób. Widzimy autora „zmęczonego” poszukiwaniem tzw. weny , nad którym czuwają trzy Muzy podsuwając mu papierosa, zapalniczkę... Jednym słowem ułatwiają jak mogą dojście do rzeczywistości mając na uwadze troskę o powstanie dzieła.

Precyzja z jaką zaśpiewały dwa utwory (kompozytor: Rafał Krzychowiec) wręcz zachwyca i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że zaprezentowały bardzo wysoki poziom. Chciałem brawo bić ale szybka zmiana świateł uniemożliwia taką spontaniczną reakcję. I dobrze. Dzieje się tak z korzyścią dla spektaklu, który w pierwszej wersji był odrobinę „prze-pauzowany”. Pierwsza część spektaklu zmierza do...

Uczestniczymy w dziele stworzonym przez Twórcę. Obraz przekazuje naszą, obecną codzienność zdominowaną przez media, które w każdy, wielokrotnie nachalny sposób narzucają nam co dobre, co złe i wręcz kreują rzeczywistość sugerując w tym konkretnym przypadku, że wszystko można sprzedać. Nawet śmierć...

Aktorzy tworzą postaci w sposób prosty i naturalny. Zauważalna jest dbałość o czystość słowa, poprawność dykcji i artykulacji, która w wielu profesjonalnych teatrach „leży na deskach”, że nie wspomnę o bełkotach w serialach telewizyjnych co doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Jednym słowem! Spektakl, na który warto się wybrać gdziekolwiek będzie wystawiony...

A przy okazji możemy poznać innego Juliana Tuwima!!! Reżyserowi, autorowi scenariusza, scenografowi, organizatorowi, Artystom występującym w...                                        Porożem się kłaniam!


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Norwesko-Polskie muzyczne przymierze...

sobota, 13 października 2012 12:40

Nic nie zapowiadało takich artystycznych atrakcji !

Zespół Szkół Muzycznych I i II Stopnia w Gdańsku działa na ustalonych zasadach. Nabór, szkolenie, egzamin... I tak od lat. Mógłbym poprzestać na tym stwierdzeniu gdyby nie ludzie tworzący klimat i kształt artystyczny tej szkoły.

Podsumowaniem każdego roku jest Koncert najlepszych uczniów, którego finał należy do Orkiestry Smyczkowej Szkoły Muzycznej I Stopnia pod dyrekcją Michała Kozorysa. Wysłuchałem w życzliwym skupieniu wielu finałów tej Orkiestry i przyznam szczerze, że są coraz lepsze. Na pewno jest to zasługa Dyrygenta, którego osobowość, sposób pracy pozwala na odblokowanie i ujawnienie drzemiących w dzieciach, i młodzieży umiejętności bardzo często popartych autentycznym talentem.

W tym 2012 roku, a dokładnie dnia 6 października wydarzyło się coś nieprawdopodobnego, coś czego nie spotyka się nawet na profesjonalnych scenach muzycznych.

Międzynarodowy Norwesko-Polski Koncert: Orkiestry: Stavanger Ungdomsorkester - Dyrygent - Jan Magnus Dahle i Orkiestry Smyczkowej Szkoły Muzycznej I Stopnia w Gdańsku-Wrzeszczu Dyrygent - Michał Kozorys.

 Pewna Pani, proszę Państwa, mieszka z córką w Norwegii. Córka gra na skrzypcach i fortepianie w tamtejszej szkole muzycznej czyli w Stavanger. Mama działa w Radzie Rodziców i przeforsowała pomysł muzycznego spotkania na „międzynarodowym szczycie”. Mam świadomość ilu ludzi dobrej woli, ile zaangażowania i emocji, wzlotów, zniechęcenia nawet, towarzyszyło realizacji tego marzenia.

Bo na pewno marzeniem był występ Córki: Sylwii Wasilewskiej, która przepięknie i nad wyraz profesjonalnie zagrała na fortepianie – Allegro z Koncertu Fortepianowego dla Dzieci Jarosława Kordaczuka. To z Orkiestrą. Solo natomiast: Walca - Claude Debussy'ego otrzymując w nagrodę sążniste brawa - zasłużone i na pewno nie grzecznościowe.

Jak wcześniej wspomniałem Koncert prowadziło dwóch dyrygentów: Michał Kozorys & Jan Magnus Dahle. Z należnym zaangażowaniem rozpoczęła Orkiestra ZSM I Stopnia.

Cickom, cickom” Belli Bartoka i „Stare dęby” Sylvain Talle'a - podniosły temperaturę odbioru, która z każdym utworem rosła o kilka kresek.

Goście zaprezentowali wachlarz swoich możliwości. Poza wspomnianą Sylwią Wasilewską, solo na skrzypcach grał i przykuł uwagę słuchaczy: Thijs Backstone utworem: „La Melancholie” Ole Bull'a. Świetne wykonanie! Zgiełk abordażu i pirackich przygód „przywołał” fragment ścieżki dźwiękowej z filmu „Piraci z Karaibów” . Wspólne wykonanie szwedzkiej kołysanki - „Byssan Lull” (aranżacja: Tormod Tvete Vik) ukoiło wspomnienie dziecięcych niepokojów słuchaczy, a „Suita kaszubska” pozwoliła norweskim muzykom na zapoznanie się z naszym folklorem.

Jednym słowem Koncert na wysokim poziomie i bardzo potrzebny młodym Artystom! Muzyka łagodzi obyczaje, jest „językiem” kosmicznym, ponadczasowym i nie zna granic...

Dlatego też poroże swoje chylę do samej ziemi przed wszystkimi „winowajcami” tego Artystycznego wydarzenia, a Dyrektorowi - mgr Leszkowi Kaufmanowi - dzięki składam za... przychylność, która nie zawsze stoi w jednym szeregu z pełnioną funkcją.

                                                                   Rogaty.

                             


Podziel się
oceń
3
2

komentarze (18) | dodaj komentarz

ŻUŁAWSKIE DEPRESJE...

czwartek, 11 października 2012 23:26

...nie IMPRESJE!

Obszary depresyjne stanowią ok. 28% ogólnej powierzchni delty. Największy obszar depresyjny rozpościera się wokół Jeziora Druzno, głównie po jego zachodniej i północno-zachodniej stronie. Zajmuje on powierzchnię 181 km² (22 km długości i 13 km szerokości). Na jego obszarze w Raczkach Elbląskich znajduje się najniżej położony punkt depresyjny Polski (1,8 m p.p.m.). Jest to miejsce położone przy drodze krajowej numer 22 pomiędzy miastami Elbląg i Malbork. Drugi co do wielkości obszar depresyjny, obejmujący 152 km², rozprzestrzenia się szeroko w okolicach Nowego Dworu Gdańskiego. Znaczne obszary depresyjne znajdują się również w okolicach miejscowości Marzęcino i Kępiny Małe.

Powierzchnie wznoszące się od 0 do 5 m n.p.m. rozprzestrzenione są najbardziej (zajmują 47%), natomiast na powierzchnie powyżej 5 m n.p.m. przypada 25%, przy czym najwyżej położone punkty osiągają zaledwie 11,4 m n.p.m. (w miejscowości Jegłownik) i 14,6 m n.p.m. w Grabinach-Zameczku. * tyle Wikipedia.

Lokalna Grupa Działania „Trzy Krajobrazy” podjęła się nie byle jakiego zadania...

Wesele Żuławskie z XVII w.” to spektakl teatralny po raz pierwszy przedstawiający, jak wyglądało wyprawianie wesela na terenie Żuław Gdańskich w XVII wieku. Spektakl ukazuje pieśni, muzykę, tańce i obrzędy dawnej epoki wraz z życiem codziennym ówczesnych mieszkańców Żuław Gdańskich.

Wesele…” jest śpiewogrą, należy do popularnego w XVII wieku gatunku scenicznego obfitującego w pieśni i muzykę, które przeplatają się ze scenami mówionymi. Dzisiaj śpiewogrę nazwalibyśmy musicalem, jednak termin ten nie oddaje jej charakteru pieśni i tańców.

Spektakl ten ma spełnić wielorakie zadania:

  • ukazywać przekrój trendów mody w XVII w.

  • rolę edukacyjną dla młodzieży szkolnej – w scenariuszu występuje m.in. forma narracji historycznej,

  • wydobycie z „popiołów” zapomnienia i pokazanie obecnej społeczności zamieszkującej ten obszar wartości kulturowych i historycznych tego obszaru, w celu pogłębienia  tożsamości z regionem,

  • rolę promocyjną dla tego rejonu z jego wspaniałymi zabytkami,  unikalnymi w skali kraju, a także Europy,

  • odtworzenie strojów , muzyki i tańców z epoki,

  • stworzenie produktu kulturowo-turystycznego, który mógłby być prezentowany również za granicą, szczególnie w Niemczech ale także dla turystów zagranicznych odwiedzających Gdańsk.

Do realizacji projektu udało nam się zaangażować profesjonalnych artystów i osobowości z Trójmiasta, m.in.:

  • prof. Andrzej Januszajtis (scenariusz historyczny i konsultacja historyczna)

  • Andrzej Pacuła (adaptacja literacka scenariusza historycznego)

  • Capella Gedanensis (wykonanie i nagrania muzyki oryginalnej i z epoki)

  • Piotr Ulatowski (kompozytor, muzyka oryginalna i aranżacja)

  • Olga Leszko (scenografia i wykonanie strojów z epoki)

  • Sławomir Gidel (choreografia do spektaklu)

  • Anna Kinga Osior, Daniel Saulski, Małgorzata Grażyna Kurmin, Jolanta Zaworska, Małgorzata Augustyniak oraz studenci Akademii Muzycznej w Gdańsku (wydział musical) (aktorzy i wykonawcy pieśni)

  • Daniel Saulski (reżyseria spektaklu) skopiowane ze strony LGD „Trzy Krajobrazy”

                 Studenci Akademii Muzycznej to:

    Ewa Skalska, Gabriela Pliszka, Daniel Chodna, Michał Grabczuk, Dawid Pelowski, Paweł Pochyluk.

    Powstał współczesny spektakl , czysty, teatralny, muzyczny, roztańczony, barwny... - niosący treści i przesłanie zawarte w zapowiedzi - na zakończenie okraszony weselnym poczęstunkiem, na który zapraszały gospodynie w strojach jak najbardziej żuławskich...

    W swoich marzeniach widziałem spektakl „zakotwiczony” na stałe w którymś z trójmiejskich teatrów i grany choćby raz w tygodniu dla młodzieży młodszej i starszej, byśmy mogli wspólnie te Żuławy z depresji „wydobywać”. Przybliżyć historię, stroje, zwyczaje...

    Okazało się jednak, że ta forma przekazu jest za duża (tak usłyszałem w rozmowie) i przerosła „LGD Trzy Krajobrazy”, której „przedstawiciel” postanowił pozostać w samodzielnej roli Narratora wydarzeń opisanych w scenariuszu. Przecież to proste i mało skomplikowane: rzutnik, ekran, prelegent i jedziemy! Ktoś jeszcze (jeżeli będzie potrzeba) zaśpiewa w stroju piosenkę, grupka zatańczy kontredansa, puści się fragment spektaklu i... Wypełniana jest szczytna misja - „wydobywania z popiołów zapomnienia wartości historycznych i kulturowych obszaru”. (cytat)

    Po siedmiu spektaklach: Trzy - Scena „Malarnia” (Teatr „Wybrzeże”), ”Faktoria” w Pruszczu Gdańskim, Centrum Sztuki Św, Jana w Gdańsku, Galeria „El” w Elblągu i Scena „Off de Bicz” w Sopocie - nie będę komentował tego sposobu (rodem z PRL-u) rozpowszechniania tytułu „Wesele Żuławskie z XVII wieku” ograniczając się do zdanka - życzliwej Publiczności i sprawnej aparatury...

    Nie ukrywam (!) rozczarowania decyzją, która bezpowrotnie zaprzepaściła szansę „rozwoju” tematu, utrzymania w grupie Artystów grających w spektaklu, zaangażowanych emocjonalnie i twórczo!!!

    A, zapowiadało się tak pięknie...

    Artystom dziękuję i GRATULUJĘ wspaniałych kreacji tak aktorskich jak i wokalnych !!!

    LGD „Trzy Krajobrazy” życzę... No, właśnie czego? Co bym nie napisał i tak będzie sprowadzone do Raczek Elbląskich, najniższego punktu depresyjnego na Żuławach (1,8 m p.p.m.).

    Ja trzymam równowagę... Nastroju też !!!

     Tradycji stało się zadość! Zaśpiewajmy jeszcze raz przed...”
                                                                                  Rogaty

     

                                                                      

     

 



 

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

CARMEN okrakiem na Harley'u

piątek, 27 kwietnia 2012 23:08

Doprawdy, zabieram się do pisania jak przysłowiowy „pies do jeża”. W opisach swoich wrażeń z przedstawień serwowanych przez obecnego Dyrektora Naczelnego, Administracyjnego, Głównego Reżysera, Inscenizatora oraz męża Dyrektorki „Bałtyckiego Teatru Tańca”, zawarłem tyle negatywnych ocen, że w normalnie funkcjonującym mieście, ktoś na „wysokim urzędzie”, odpowiedzialny za tzw. „Kulturę” dawno powinien zareagować i „podziękować” za tfu.. twórczy „wysiłek” i wkład pracy, obecnemu dyrektorowi naczelnemu,administracyjnemu, głównemu reżyserowi, inscenizatorowi oraz mężowi dyrektorki „bałtyckiego teatru tańca”!!!

Poszedłem na „Carmen” wiedząc o Harley'ach i współczesnym profilu inscenizacyjnym, z ciekawością. Uwertura! Wrażenie super! W piłkę grają, kobiety w czerni piłkę odbierają, w końcu oddają, coś się dzieje... Jest ciekawie. Niklowane maszyny majestatycznie wtaczają się i... „KICHA”... „KASZANA”!!! (słownictwo też uwspółcześniłem, a co?!?)

Habanera” bez braw przechodzi!!! W życiu czegoś podobnego nie przeżyłem. Widzowie skonsternowani... Wypada, nie wypada...? Baletnice „wykonywają” (to z Tuwima) jakieś nieskoordynowane ruchy skutecznie zasłaniając statyczną Carmen, która w tej inscenizacji powinna wić się na rurze!!! Ta „posągowość” i brak gibkości dotyczy obu pań w kostiumach „Carmen”, przemieszczających się po scenie w tempie – maestoso. Tak! Byłem na dwóch przedstawieniach. Miałem nadzieję, że to pomyłka w obsadzie premierowej, że nie realizowali wizji reżysera... Realizowali precyzyjnie w każdym szczególe. Oto przykład odkrywczej, zwalającej z nóg reżyserii. Don Jose otrzymuje list od dawno nie widzianej matki - odsyła zakochaną w nim po uszy Micaele i zamiast czytać, wsiada na Harley'a czyniąc wargami przezabawne - „brumm,brrrum...” imitujące ryk, pracę silnika. To zakrawa na jawną kpinę z widza!!!

Po wyjeździe Harleyów zrobiło się nudno i nijako! Balet miotał się ruchami bez koordynacji i właściwie to...przeszkadzał. Flamenco nie doczekałem się!!! Anty Opera w pełnym wydaniu...

Jest! Jest Torreador!!! Wpada z widowni bardziej jak rozhisteryzowany Mefisto z marnej operetki niż jakakolwiek postać, otoczony zapatrzonym w niego, jakby zakochanym bez pamięci tłumem... młodzieńców (?!? To w dzisiejszej Hiszpanii tak się porobiło, że chłopy latają za chłopami, a babki za babkami? I jeszcze przed nimi pląsają??? Forsą szasta jak w „Moulin Rouge”. Postarał się trochę bardziej w duecie z Don Jose ale i tak bardziej „grały” - nóż, krzesło i karabin...

Sceny w knajpie tak beznadziejne jakby reżyser nigdy nie wpadł do lokalu nocnego. A, było się wyrwać spod opieki żony (pardon – dyrektorki „BTT”), by zaangażować naszych „Czipendelsów”, ze dwie/trzy panie ściągnąć z rury i zrobiliby taki show Torreadorowi, że widzowie by oniemieli... Niestety musimy oglądać panów wykonujących ruchy imitujące chędożenie panienek... Najpierw w prawo, zwrot i... w lewo to samo...Oj! Przyjedzie Jiri Kylian i co będzie? Każda tkanka ciała jego Tancerzy jest połączona z muzyką, harmonią i przestrzenią dlatego nie „widać” nagości. Są pięknym dziełem, rzeźbą w nieustannym ruchu...Obawiam się, że nadchodząca premiera „BTT” ograniczy się do prezentacji biustów tancerek i torsów tancerzy. Która nie będzie chciała „pokazać” to choćby nie wiadomo jak wspaniale tańczyła... droga za drzwi wolna. Chętne po jakimś aerobiku się znajdzie... Muzyka Leszka Możdżera na pewno nas usatysfakcjonuje ale to za mało...

Wspomniałem o biustach. Zakpił sobie z widza reżyser akceptując plakat z Carmen na motorze, prezentującą jeden, ten, no... sutek. I po co? By sobie w domu z Publiczności pokpiwać? Mnie to ni ziębi, ni grzeje...Dawno temu, za górami i lasami napatrzyłem się na piękne kobiety jeżdżące na... „Junakach”. Na masce „Porsche” też... Tak czy owak zabieg marketingowy, delikatnie pisząc niesmaczny i nie przystoi instytucji artystycznej o nazwie - Opera Bałtycka.

Obiecałem sobie, że nie wymienię ani jednego wykonawcy. Muszę i chcę jednak napisać o postaci Micaeli, którą stworzyła i konsekwentnie rozbudowywała w trakcie trwania spektaklu – Anna Mikołajczyk. Każda nuta, fraza niosła emocje związane z nastrojem i sytuacją sceniczną. Piękna barwa głosu i czystość intonacji dopełniały reszty. Jestem pod wrażeniem!!!

Orkiestra grała tak jak dyrygent dyrygował czyli: tak sobie!

Klasę i Profesjonalizm prezentują niezmiennie Artyści Chóru, którym nawet Harley'e nie przeszkodziły w płynnym prowadzeniu frazy i barwie jakby bogatszej. Zaś cztery, nieustannie „dziergające” Damy przyciągały uwagę co świadczy o pełnym skupieniu i twórczym zaangażowaniu.

Na zakończenie fragment innej wypowiedzi:

Zacząć by trzeba od początku, czyli od słynnej habanery. W gdańskiej inscenizacji "Carmen", która w sobotę miała swoją premierę w Operze Bałtyckiej, habanerę ozdabia tak niezgrabnie wykonana baletowa wstawka, że wolałem wbić oczy w podłogę. Trudno zrozumieć, z jakich powodów tak doświadczony inscenizator, jakim jest reżyserujący to przedstawienie Marek Weiss-Grzesiński, wpuścił coś podobnego na scenę.

- wcale nie tak trudno zrozumieć! Żona (I. Weiss) jest Dyrektorką „Bałtyckiego (podobno) Teatru Tańca”...(dopisek autora)

Baletowe inkrustacje pojawiają się w trakcie przedstawienia jeszcze parokrotnie, już nie aż tak chybione, dzięki Bogu, a nawet męski balet, towarzyszący arii Escamilla, mógłby się podobać. Mógłby, gdyby nie to, że jego dynamiczna, kanciasta choreografia nijak się miała do klimatu całej sceny.

"Carmen", w moim przekonaniu, kończy pewną epokę w historii gdańskiego teatru operowego. Formuła, wedle której Opera Bałtycka jest teatrem monokultury praktycznie jednego reżysera, a zarazem dyrektora teatru, wyczerpała się. To musi się zmienić.

Jarosław Zalesiński  Polska Dziennik Bałtycki  24 kwietnia 2012   

Jerzy Waldorff dawno temu wołał , by powstała Prokuratura Artystyczna!!!

Niestety, dzisiaj nikt nie woła!!! Jego idei i zawołaniu: Porożem się kłaniam!

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

K O L Ę D N I C Y ...

czwartek, 02 lutego 2012 11:44

 

Zaczęli „kolędowanie” pod koniec grudnia 2011 roku i jeszcze nie skończyli...

Anna Kinga Osior,

                 Jacek Szymański,

                                    Dariusz Wójcik   oraz...Wirtuoz - 

Andrzej Nanowski - przemierzają codzienność przypominając znane i nieznane kolędy, które wykonują solo, w duecie, w tercecie...

Słyszę: Dzisiaj w Betlejem, Gdy się Chrystus rodzi, Cicha noc, Witaj gwiazdko złota, Gdy śliczna Panna, W Dzień Bożego Narodzenia, Jam jest dudka, Dziecino Święta, W żłobie leży, Hej, Bracia, Bracia patrzcie jeno, Oj, maluśki, maluśki..., Wędrowali Trzej Królowie, Nie było miejsca dla Ciebie, Kołysanka Maryi, Hola Pasterze z pola..., Przybieżeli do Betlejem, Jezusa Narodzonego...

To jeszcze nie wszystkie tytuły - pięknie, szlachetnie, ze swadą tekstem okraszone i podane przez Dariusza Wójcika, który jakby w swoim żywiole będąc, szczególny i bliski sobie klimat przywołał w kolędzie „Oj, Maluśki, Maluśki...” 

Jacek Szymański słów parę o historii wtrącał, z Publiką zgromadzoną konwersację nawiązywał, a kiedy trzeba w duet lub tercet umiejętnie wpłynął nie zaniedbując niuansów interpretacyjnych, brzmienia i harmonii z Partnerami, i przede wszystkim słowa. Jego solowe wykonania Kolęd urastają do rangi Utworów i mogą służyć za wzór interpretacji (frazowanie, artykulacja) mniej doświadczonym w Sztuce. „Witaj Gwiazdko złota...” czy „Nie było miejsca dla Ciebie...” wzorem wielkich przebojów tkwią w mojej podświadomości i co jakiś czas „przypominają” się!!!

Trzy Koncerty, które usłyszałem były różne w swoim wyrazie artystycznym i treści. Co zaskakujące także w interpretacji i nastroju. To świadczy o wysokim poziomie technicznym, możliwościach i PROFESJONALIZMIE WYKONAWCÓW !!!

Już same tytuły: „Wędrowali Trzej Królowie”,  „Karnawał z Kolędą” w Klubie MW „Riwiera” niejako wymuszały zróżnicowanie, zmianę klimatu czy sposobu interpretacji poszczególnych otworów. Stąd „Cicha noc” (tercet) usłyszana trzykrotnie niosła, oprócz przesłania inny nastrój. To tylko jeden z przykładów.

Nie powinienem (takie zasady) pisać o znanej mi nad wyraz osobiście Artystce, jaką niezaprzeczalnie jest – Anna Kinga Osior . Jej interpretacja kolędy „Wędrowali Trzej Królowie” głęboko zapada w pamięci zapewne nie tylko mojej. Umiejętność przystosowania do każdych warunków akustycznych, dbałość o współbrzmienie i szacunek dla Partnerów, to cechy godne podziwu i naśladowania. O możliwościach głosowych, technice wokalnej, dykcji, interpretacji, kreacjach scenicznych, charakterze czy „charakterku" -  scenicznym oczywiście... powinni pisać (komentować) inni ponieważ ja mógłbym wydać się mało obiektywny.

Andrzej Nanowski (??!!) Cóż można napisać o Artyście, który w każdym miejscu gra jakby to była największa sala koncertowa Świata wypełniona po brzegi wymagającą Publicznością!!!

Pozostało mi tylko – pokłonić się porożem....

 p.s. Z kronikarskiego obowiązku godzi się poinformować.

Kolędowanie” zrealizowane mocą Teatru „Otwartego”, któremu „króluje” - Dariusz Wójcik!

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Nasza NOBLISTKA doczekała...

czwartek, 24 listopada 2011 16:48

polifonia kontrastowa – polega na niezależnym prowadzeniu głosów; brak jest pokrewieństwa melodii i rytmu pomiędzy poszczególnymi głosami

polifonia imitacyjna – melodia i przebieg rytmiczny poszczególnych głosów są podobne.

polifonia imitacyjna ścisła – poszczególne głosy naśladują się wzajemnie z pewnym opóźnieniem

polifonia imitacyjna swobodna – głosy mogą, ale nie muszą do siebie nawiązywać przez korespondencję motywiczną rytmy uzupełniające lub powtarzanie schematów rytmicznych (np. inwencja).

polifonia sonorystyczna – wykorzystuje brzmieniowe właściwości współbrzmień – od XX wieku.


Te i wiele innych „chwytów” (czytaj: jazgotów) zastosowała Elżbieta Sikora w swoim dziele INSTRUMENTALNYM pt. „Madame Curie”!!! Bo jak to „coś” nazwać inaczej zważywszy, że nad sceną przewija się „pasek informacyjny” z tekstem libretta!?! Gdyby po francusku śpiewali zabieg byłby zrozumiały. Widocznie kompozytorka nie dorosła do tego, by stworzyć kompozycję współczesną zwartą, jednorodną i na temat. Nie potrafi zrównoważyć tekstu z warstwą instrumentalną. Śpiewają – łomot, mówią – prawie cisza. Idąc tym tropem pokusiłbym się o Spektakl dramatyczny z dialogami, muzyką wymienionej kompozytorki w tle i Chórem!!!  O! To byłby SPEKTAKL na miarę uczczenia naszej Noblistki!!! Oczywiście z librettem gruntownie „przeredagowanym” o co mógłby się pokusić sam Reżyser spektaklu – Marek Weiss, bo jak wiem także polonistą jest!

Jest także reżyserem powielającym do znużenia swoje wizje, które powtarzane w każdym spektaklu stają się zwyczajnie niesmaczne. Bo, ileż razy można zachwycać się niewinnością i naturalnością Dzieci przebywających na scenie, sycić oczy czernią, bielą i wszelkimi odcieniami szarości w scenografii, trupami na stołach i łóżkach (lub pod nimi), wczuwać się w wizje i omamy głównych bohaterów, „uczestniczyć” w ich snach...? Zawsze można się elokwentnie wytłumaczyć, bo to takie nieuchwytne i jako twórca ma do tego prawo! Prawo do narzucania swoich wizji! Tak! Jak najbardziej! Ale prowadząc „Swój” Teatr, w „Swojej” Sali, inwestując „Swoje” pieniądze....!!! Do takiego teatru poszedłbym... jeszcze raz na „Salome”!!!

Jeden „Sen” - balet Misiury sam sobie usprawiedliwiłem. Mistrz po ciężkim bankietowaniu miał bardzo zły sen, który „przeniósł” na scenę.

Bardzo długiego snu Madame Curie nijak usprawiedliwić nie mogę i nie chcę!!! Trzykrotne wpatrywanie się we fiolkę z radem... Ta radość, ekstaza, euforia, szczęka opadająca w zachwycie u Piotra Curie, czy Einsteina... Jak w starej, jakiejś baśni o znalezionym świetliku. To raz nie wystarczy?!? Wejście Chóru przypominające atak Zombi z twarzami szaro-zielonymi, z którymi zdecydowanie współgrał krwisto-czerwony pasek informacyjny „kropkujący” nieprzerwanie nad sceną. Pobudzona do działania byle jak skleconym, bo do byle jakiej muzyki, librettem Madame Curie wywoływała lepsze lub gorsze reakcje Chóru, który w całym spektaklu okazał się być AKTOREM!!!

Nie wszystkie kwestie docierały do widowni, a te które dotarły noszą znamiona profesjonalizmu. I tu uwidacznia się „malizna” kompozytorki. Jak miały docierać kiedy orkiestra nowoczesne tutti uskutecznia??? Całość przypomina oddział psychiatryczny obserwowany przez studentów, naukowców, komentatorów... Kto miał wejściówkę, to mógł nawet z Marią porozmawiać! W celu oderwania widza od sceny, pobudzenia jego percepcji parę ruchomych obrazków rzuconych na ekranik z wybełkotanym - „W hołdzie„gieniusiowi” Pani...” przemówieniem Prezydenta Stanów Zjednoczonych i reprezentantką ichnich mediów, która wręcz „oczarowała” mnie szczerością i spontanicznością ustawicznego stwierdzania, że: „jest noc, jest noc...” No, cóż!!! Kreowała libretto, realizowała nuty i z podziwu godnym, nadmiernym zaangażowaniem zapraszała do „Ameeeryki”!

I nic mi po pięknym tańcu „Białej Tancerki” rodem z Orientu z zapożyczoną choreografią, nic po wzruszającym obrazku i pięknej grze na skrzypcach Dziewczynki kreującej córeczkę M. Curie, nic z widocznej chęci ratowania przez reżysera, wszelkimi, sprawdzonymi (o czym wcześniej pisałem) sposobami okazjonalnego dziełka, nic... Po prostu – Nic!!! To o samym spektaklu.

Anna Mikołajczyk ( Madame Curie) dokonuje rzeczy nadzwyczajnej!!! Traktuje głos wybitnie instrumentalnie zachowując przy tym ciągłość narracji aktorskiej, przekazując ciałem, gestem, spojrzeniem wszystkie emocje i nastroje wynikające z treści i sytuacji. Niewiele można napisać o barwie głosu, frazowaniu słuchając Artystki w Anty-Operze!!!

P.S. Po przedstawieniu „Halki” złośliwie napisałem, że zabrakło mi polskiego tłumaczenia nad sceną, bo nic nie rozumiałem. Doczekałem tłumaczenia z polskiego na polski ale... Sugeruję, by śpiewano to dzieło samogłoskami i spółgłoskami wtedy krwisto-czerwony pasek nad sceną ma rację bytu lub...

Nie! Tak zakończę!!! Annie Mikołajczyk i Aktorom Chóru z Szacunkiem...

Porożem się kłaniam....




Podziel się
oceń
4
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Młodzi pytają...

czwartek, 17 listopada 2011 19:30

Moja odpowiedz...

 Jest bardzo dużo "fajnych" piosenek ale wykazałbym się niekompetencją proponując Wam którąkolwiek, bez dokładnego poznania Waszych preferencji i umiejętności. Tak! Można pracować nad utworem wybranym przez kogoś ale... Często bywa, że brakuje podstaw (technika + predyspozycje) i wtedy sugeruję coś "osiągalnego". Samym "żywiołem" daleko się nie zajedzie. Przypomina mi to po sylwestrowy poranek.

Euforia, radość, ekstaza, nadzieja... Rano? Paprochy po sztucznych ogniach i ... wszechogarniający wszystkich kac. Są zadania, których się nie uniknie!!!

SYSTEMATYCZNĄ, mozolną pracą (ćwiczenia dykcyjno-artykulacyjne + wokalne) osiągacie konkretny poziom techniczny (swoboda władania głosem) i dopiero można szukać utworu, który w "duszy gra".

Jak w balecie! Nie masz podstaw technicznych (czytaj: klasycznych) to ruch przypomina miotanie, a nie taniec. Obojętnie czy będzie on klasyczny czy modern. W szermierce? Nie znasz podstaw to lepiej kijem pomachać... Bezpieczniej i ani siebie, ani kogoś nie skaleczysz!!!

Mam nadzieję, że rozumiecie dlaczego nie "zasypuję" Was tytułami. W odróżnieniu od innych "specjalistów" nie "mędrkuję" i nie obiecuję "złotych gór"... Porożem się kłaniam


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  18 593  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

Interesuje mnie Kultura! Ta zwyczajna, codzienna także!!!

O mnie

"Per aspera ad astra". Z pierwszej połowy XX wieku ale nie "zramolały"!!! MgrArtis.

Statystyki

Odwiedziny: 18593
Wpisy
  • liczba: 47
  • komentarze: 153
Galerie
  • liczba zdjęć: 94
  • komentarze: 3
Punkty konkursowe: 0
Bloog istnieje od: 2956 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl